wtorek, 14 maja 2013

STOOR made in POLAND



Każdy z Nas - osób aktywnych fizycznie, uprawiających jakiś sport - zapewne docenił już dobrodziejstwa tzw. "drugiej skóry", bielizny termoaktywnej, która zapewnia użytkownikom komfort w trakcie treningów. Większość ma również swoje ulubione marki i materiały. Są zwolennicy tego co dobre z natury np. wełny merino, oraz "synteci" preferujący dzianiny poliestrowe, które w zależności od producenta, szyte są według specjalnych technologi.




Zanim załaduję i obrobię fotki z majowych Orlich Gniazd, napiszę wam o odzieży termoaktywnej, która towarzyszyła mi w trakcie całej wyprawy, i której używam przez cały rok w trakcie biegania, jazdy na rowerze, górskich wędrówek, treningów w domu czy na AWFowskiej hali.


2 lata temu postanowiłem na własnej skórze przetestować, czy rzeczywiście różnica pomiędzy bawełnianym T-shirtem a koszulką z poliestrowych włókien jest taka wyraźna. Wśród setek producentów postanowiłem ograniczyć się do tych, których produkty nie znokautują mnie cenowo - tu od razu odpadła bielizna merino, bo owieczki cenią swoje runo (czołowi producenci Smartwool, Devold). Spośród pozostałych marek należało wybrać jeszcze taką, która wykorzystuje najlepsze materiały, nie każąć płacić bajońskich sum za logo (czyli stosunek cena - jakość), najlepiej żeby produkt nie pochodził z Chin, Wietnamu czy innego Tajwanu. Nie wiem czy wymagałem wiele, grunt że znalazłem coś odpowiedniego...
Odzież termoaktywna marki STOOR, to 100% polski produkt, wyprodukowany przez polaków i dla polaków, którą już docenili młodzi polscy sportowcy. Stoor korzysta głównie z dwuwarstwowej bakteriostatycznej dzianiny MerylSkinlife, dzianiny AthleNET™ chroniącej przed promieniowaniem UV, nieco grubszej UltraTerm100, oraz THERMOACTIV230 do produkcji bluz termoaktywnych dla osób bardziej wymagających. Firma Stoor pogrupowała swoje produkty na sześć kategorii: BIOline (z dodatkiem antybakteryjnej srebrnej nitki), Combat (odzież idealna dla myśliwych i wojskowych), Optimal Pro (najbardziej uniwersalne i wszechstronne), Runseries (lekkie, zwiwene do biegania), odzież rowerowa , i bluzy termoaktywne (czyli 2 layer). Taki podział zdecydowanie pomaga w wyborze tego czego potrzebujemy i DO CZEGO tego potrzebujemy!

Swoją przygodę ze Stoorem rozpocząłem od "jesiennej promocji" (być może gdyby nie ona nie skusił bym się na ofertę), która polegała na tym, że do każdej bluzy termoaktywnej Stoor Witra dodawano koszulkę AthleNET gratis. Bluza Witra to termoaktywność w każdym calu, ciepło wyprodukowane przez ludzkie ciało zostaje doskonale utrzymywane, zapewniając nam błogi termokomfort, a kiedy zaczynamy się pocić, bluza współpacuje z koszulką i odciąga całą wilgoć od ciała pozwalając jej na odparowanie. Tym samym nie towarzyszy nam uczucie mokrych pleców, dokuczliwie szczególnie wtedy gdy wędrujemy cały dzień w upalnym słońcu z ciężkim plecakiem. Jeśli chodzi o koszulkę to niestety poprzecierała mi się w newralgicznych miejscach (m.in. od pasa biodrowego), za to bluza pozostała do dziś niewzruszona, pomimo że używam jej na okrągło, tu jedynie mógł bym się przyczepić, że "przedłużony tył" jest za mało przedłużony, choć może to spowodowane jest moją wysoką a niezbyt szeroką sylwetką.




Parę miesięcy później, jako prezent urodzinowy od dziewczyny dostałem Stoor'a z długim rękawem z serii BIOline (czyli ze srebrną nitką, która dzięki właściwościom jonów srebra gwarantuje bakteriostatyczność). Koszulka pomimo rozmiaru XXL była obcisła tak jak lubię (obecnie sporo zrzuciłem i koszulka stała się totalnie luźna, ale i tak jej używam, chociaż swoje funkcje spełnia zapewne dużo gorzej niż gdy była w bezpośrednim kontakcie ze skórą), świetnie leżała i wyglądała naprawdę technicznie. Dzianina faktycznie nie sprzyja rozwojowi bakterii, skąd to wiem? Bo kilkakrotnie koszulkę testowałem podczas kilkudiowych i wyczerpujących wypadów w nasze polskie góry, zdejmując ją tylko do snu. Koszulka pomimo tego, że już sporo potu "przefiltrowała" ciągle utrzymywała neutralny zapach, co w przypadku bawełnianych koszulek było by nie do pomyślenia. Ktoś może zadać pytanie: kto jest aż takim brudasem, że nie pierze ubrań przez kilka dni i chodzi ciągle w tej samej koszulce? Ci, którzy chodzą po górach wiedzą dwie rzeczy: po pierwsze liczy się każdy gram jaki niesie się na plecach, dlatego nie wypycha się plecaka koszulkami na każdy dzień, tylko dwiema czy trzema koszulkami o zwiększonej odporości na "ludzki smród", które są ponad to lekkie i łatwe w utrzymaniu, więc wyprać je możemy nawet bez mydła w górskim, zimnym strumieniu, a po drugie to: czasami pogoda i miejsce, w którym się znajdujemy, uniemożliwia nam nawet najbardziej barbarzyńskie pranie, i można jedynie wtedy poocierać się o sosnowe gałązki i szyszki, aby chociaż przez chwilkę roztaczać wokół siebie woń rodem z samochodowego odświeżacza.



Miesiące mijały i przyszła zima, zaszło więc zapotrzebowanie na bieliznę, która będzie lepiej grzała i chroniła przed odmrożeniem, nie tylko w górach ale i na autobusowych przystankach. Standardowo odwiedziłem stronę internetową Stoor'a i zamówiłem uroczy komplet z UltraTerm100 (koszulka z długim rękawem i wyjątkowo męskie kalesony ;)) Z kalesonami tak to już jest, że większość z Nas raczej ich unika, bo wszyscy kojarzą je z białymi, bawełnianymi, antyseksownymi getrami, których zdemaskowanie może nas publicznie pogrążyć. Nic podobnego. Na outdoorowym rynku mamy obecnie ogromne bogactwo również ciepłych, termoaktywnych kalesonów (getrów), których design jest wyjatkowo sportowy, a wręcz wyczynowy, toteż stojac w samych kalesonach możemy wyglądać jak Usain Bolt w czasie rozgrzewki. Bluza i kalesony Stoor UltraTERM100 są obcisłe, świetnie się dopasowują, i podkreślają sylwetkę. Dzięki wykorzystaniu grubszej dzianiny, której warstwa wewnętrzna jest przyjemnie drapana, a zewnętrzna jest gładka i przyjemna w dotyku, komplet bielizny zabezpiecza nie tylko przed niskimi temperaturami, ale częściowo również przed wiatrem (ale lepiej nie chodzić zimą w samej tylko koszulce i kalesonach ;P). Co do kalesonów, to można ich używać również jako getrów (legginsów) do biegania, gdyż są odpowiednio skrojone i ciepłe, odprowadzają wilgoć, a czarny kolor zapewnia im wielofunkcyjność, więc nikt nawet nie zauważy, że mamy na sobie kalesony. Natomiast górna część kompletu, bluza, towarzyszy mi przez cały rok, kiedy tylko robi się chłodniej, i to nie tylko w trakcie aktywności, ale również jadąc do pracy, na uczelnię, do dziewczyny, a nawet idąc do knajpy na piwo. Niektóre modele bielizny termoaktywnej innych producentów (takich jak: Brubeck, SPAIO, TERVEL) wyglądają jak odzież żołnierzy z kosmosu: specjalne przeszyscia, zgrubienia, wzmocnienia, wyprowadzone na zwenętrzną stronę szwy i kolorystyka. Absolutnie nic nie brakuje tym ubraniom, wręcz przeciwnie, są niezwykle funkcjonalne, i nic w nich nie jest wykonane przypadkowo, ale bielizna taka nadaje się tylko do aktywności, czy ewentualnie do posiedzenia w schronisku czy w bufecie pod stokiem, ale na codzień moglibyśmy się spotkać z drwiącymi spojrzeniami (szczególnie osób niewtajemniczonych w arkana outdoorowej mody).

Tymczasem zima minęła, a ja zakupiłem kolejną koszulkę AthleNET po rozsądnej cenie, która o dziwo nie dorobiła się jeszcze żadnych obtarć. Poliestrowe dzianiny Stoor'a mają jeszcze jedną zaletę, można je długo użytkować, jeśli się o nie dba (impregnaty itp.), nawet latami, ponieważ koszulki nie blakną ani po praniu, ani od słońca, szwy są wytrzymałe i nie podrażniają skóry (chociaż bliskie spotkanie z rzepami mogą je nieco nadwyrężyć). Jak widać z powyższej "recenzji" zaufałem tej marce i póki co się nie zawiodłem. Stoor oferuje porządne ciuchy za ludzką cenę, i może dlatego nie oczekuję cudów, których i tak czasami doświadczam ;-)
Obecnie przypatruje się kolejnej termoaktywnej koszulce, w sam raz na wiosnę, bo producent wypuścił nową, iście kwitnącą linię kolorystyczną, która wyróżni się na szlaku. Nie chcę robić reklamy, bo nikt mi za to nie płaci, ale każdemu aktywnemu gorąco polecam ;)


http://www.stoor.pl













wtorek, 30 kwietnia 2013

Szlakiem Orlich Gniazd cz.2

 


Tygodnie przygotowań zleciały jak jeden dzień i w końcu nadchodzi ten dzień. 01.05.2013r. to nie tylko początek majowe weekendu, ale kontynuacja planów, które powstały już w ubiegłym roku. Nieważne jaka będzie pogoda, nie będzie odpuszczania. Mamy wszystko czego nam potrzeba, łącznie z siłami i determinacją, które musimy racjonalnie rozłożyć. Największa niewiadoma to sprzęt - w górach nogi są zwykle niezawodne, za to rower to "rama pełna niepewności". Przydało by się żeby ktoś trzymał kciuki, bo Boska opatrzność (za którą, jeśli się uda, podziękujemy na Jasnej Górze) może nie wystarczyć :)



    Jutro pobudka o 4:00 (żadna nowość, bo na ranną zmianę w pracy jest tak samo), dojadę do moich dziewczyn i o 4:30 ruszamy w stronę Chorzowa, aby tam załadować "rumaki" na pociag do Katowic. Z Katowic dalej pociągiem do stacji Kraków Łobzów, potem tylko przejechać do Parku Krowoderskiego i w końcu znajdziemy się na czerwonym szlaku Orlich Gniazd prowadzącym po ruinach dawnych jurajskich warowni. Zaczniemy szlak trochę inaczej niż zakłada to właściwa trasa rowerowa, ponieważ omija ona Ojcowski Park Narodowy, który, naszym zdaniem, poprostu żal ominąć. Ruszymy szlakiem pieszym, aby w Olkuszu połączyć się ze szlakiem rowerowym, i nim już dalej kontynuować podróż. Oczywiście plany już w trakcie mogą się nieznacznie pozmieniać, ale cel pozostanie bez zmian. Pierwszy nocleg, ten jutrzejszy, planujemy na polu namiotowym 0,5 km od Zamku na Pieskowej Skale, mamy nadzieję, że będzie już czynne pomimo nawet najgorszej pogody. Inaczej wchodzi w grę tylko obóz na dziko (tyż piknie! ;))



Dalsze noclegi to niespodzianka, będziemy kombinować na bieżąco, biorąc pod uwagę nasze siły i wszelkie niespodzianki losu. Czas isć się spakować, nikt tego za mnie nie zrobi... ciekawe czego tym razem zapomnę? ;))




 

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Sezon górski 2013 rozpoczęty!

 
Minął już tydzień odkąd wyruszyliśmy na pierwszy w tym roku górski szlak - z Bielskich Błoni na Klimczok i Szyndzielnię - niestety dopiero teraz udało mi się wygospodarować odrobinę wolnego czasu aby napisać małe co nieco.
   Całą "bezpłodną" zimę górskie serce rwało się aby w końcu wyruszyć na szlak, i zobaczyć jak przyroda budzi się do życia. W Beskidzie Śląskim już zaczęło się mocno zielenić, choć w niektórych miejscach (tych ukrytych przed słońcem, głównie po północnej stronie) wciąż zalegała twarda, 30-centymetrowa pokrywa śnieżna. Górskie strumienie przybierają na sile, śnieg topnieje i fragmenty szlaku toną w wodzie, ale kiedy słońce mocno grzeje, na niebie ani jednej chmurki, taki spacer to sama przyjemność.
    No ale przyjemność przyjemnością, o ile pogoda była sprzyjająca, to fakt, że zabrałem nowe buty trekkingowe na "rozchodzenie" odczuwam jeszcze teraz. Pomimo porządnej górskiej skarpety piętę starłem do mięsa. W trakcie marszu nie bardzo się tym przejmowałem, ale następnego dnia... chodzić się nie dało. Być może moje buty nie są najlepsze, bo o modelu Dhaulagiri od TNF krążą różne opinie, ale żeby tak torturowały? Na razie przyjąłem, że każde buty trzeba rozchodzić, i prawdopodobnie niekoniecznie od razu na szlaku, no cóż... z czasem zobaczymy czy miałem rację ;)
 
Podejście na szczyt Klimczoka 1117 n.p.m

Jakieś 500 m wcześniej minęli nas dość ekscentryczni turyści: jegomość w puchowej kurtce z kapturem
naciągniętym po sam nos i "niedzielnych" lakierkach, oraz jego wybranka, udzielili nam rady, że:
"Dalej jest śniegu po pas, jest bardzo ślisko, bez raków nie da rady, Oni robią "wycof" =)
Widać polskie sukcesy himalaistycze bardzo się komuś udzieliły ;)


Pewnie wiecie, że to przed schroniskiem na Klimczoku, a wiecie, że za schroniskiem
jest niewielki basen dla tych co zgrzali się na szlaku?

Bawarska architektura schroniska na Szyndzielni z 1897r.


















poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Na Szlaku Orlich Gniazd cz.1






   Po długim oczekiwaniu w końcu zawitała wiosna. Co prawda na ekstremalnie ciepłe temperatury przyjdzie nam jeszcze poczekać, ale i tak odczuwa się zmienione powietrze. Na nizinach stopniał już śnieg, niestety w górach będzie zalegał jeszcze co najmniej do połowy maja. Tymczasem zbliża się długi majowy weekend, i jeżeli wierzyć serwisom pogodowym, to pogoda ma być całkiem przyzwoita. Gdzie więc się wybrać aby uczcić nadejście wiosny? Ja, zanim na dobre rzucę się w górski wir nowego, świeżego sezonu, zaplanowałem rozprawić się z wyprawą, która nie doszła do skutku ubiegłego roku, mowa o Jurajskim Czerwonym Szlaku Orlich Gniazd, wytyczonym przez Kazimierza Sosnowskiego (tego samego, który poprowadził trasę Głównego Szlaku Beskidskiego).

 Szlak można pokonać pieszo, konno, samochodem (motocyklem) a także rowerem. Szlak pieszy zajął by mi wiecej czasu niż oferuje majowy weekend, konny... chyba brak mi rumaka, samochodem? po pierwsze musiał bym go mieć, a po drugie to kłóciło by się z moją koncepcją aktywnego wypoczynku, na skutek tych eliminacji pozostał mi rower. Nie żaden szosowy czy trekkingowy, ale najzwyklejszy góral kupiony w sieciowym hipermarkecie za parę stówek. Pod koniec ubiegłego sezonu był w rozsypce (wyeksploatowałem go ponad normę, ponad to zaliczył kilka niszczących "telemarków"), toteż już na początku marca zaliczył profesjonalny serwis (koszt 200 PLN - to już połowa wartości roweru!). Pomimo wyraźnego ostrzeżenia serwisanta, że support jest tak nadwyrężony, że może nie wytrzymać 200 km wycieczki, mam zamiar wykończyć go na Jurze. Tu pojawia się problem - jeśli coś w rowerze się wysypie to cieżko liczyć na serwis. Nie dlatego, że nie ma żadnych punktów serwisowych na trasie, ale poprostu dlatego, że każda poważniejsza awarii wymagająca zostawienie roweru chociaż na dzień w serwisie, zburzy cały plan, a ponad to w weekend majowy wolne mogą mieć również same serwisy rowerowe. Jaki z tego morał? Ano taki, że mogę liczyć tylko na siebie, a właściwie to nie tylko... W końcu nie jadę sam ;) Wszelkie znaki na Niebie i Ziemi wskazują na to, że będzie nas trójka: Ja błogosławiony między dwiema niewiastami ;)
Mimo to, moich współtowarzyszek nie obarczę odpowiedzialną funkcję mechanika bo z roweru zrobiły by mikser... Im przypadną dużo WAŻNIEJSZE funkcje jak np. kucharzenie - bo aby obniżyć nieco koszty całej wyprawy będziemy stawiać na własną kuchnię (kuchenka turystyczna GoSystem i dużo nudli :D).
    Chcemy aby cała wyprawa nie nadszarpnęła zbytnio naszego budżetu (po powrocie jakoś żyć trzeba), dlatego wszystko już za wczasu musi być dokładnie przemyślane, bo o ile pieniądze zaoszczędzone na żywności to grosze, to jeśli chodzi o nocleg ma to dużo większe znaczenie. Na szlaku prowadzącym od Krakowa do Częstochowy występuje mnogość ofert noclegowych od pól namiotowych, przez agroturystykę, aż po drogie pensjonaty. Oczywiście najkorzystniej i najekonomiczniej było by wykorzystanie własnego namiotu, jest to jednak ok. 4,5 kg dodatkowego balastu, a szlak to nie asfaltówka prowadząca z górki :P... Agroturystkę i nocowanie u gospodarzy również bierzemy pod uwagę, 30 zł od osoby to raczej nie majątek, a w tej granicy mieszczą się ceny noclegów. Druga sprawa to transport, o dziwo ten wcale nie jest drogi, wystarczy, że za 5zł przewieziemy rowery naszym kochanym PKP z Rudy Śląskiej do Katowic, a stamtąd, za jakieś 15 zł, z Katowic do Krakowa Głównego. Cena drogi powrotnej z Częstochowy do Katowic wygląda podobnie, a cała reszta to TO co mamy w nogach, będziemy pedałować aż padniemy.
Pozostałe koszty to ewentualne usterki oraz samo wyposażenie na wyprawę: bagażniki, apteczki, narzędzia, sakwy itp.
Mamy jeszcze 16 dni na wprowadzanie modyfikacji w planie wycieczki, obserwację serwisów pogodowych, tworzenie planów awaryjnych oraz na POPRAWĘ formy, która po długiej zimie naprawdę wymaga poprawy.


Oprócz mnie udział wezmą: Żaneta Gałka i Ewelina Kipka ;))

środa, 3 kwietnia 2013

Święta z animacją

 

Dwa tygodnie temu brałem udział w kursie animatora zabaw dziecięcych... Po co? Dla papierka! Ale czy aby na pewno?
   Kiedy na kursie Szymon (instruktor) zapytał mnie dlaczego zapisałem się na kurs, odpowiedziałem "że jadę na święta do rodziny mojej dziewczyny i będą tam DZIECI, a ja chcę się przełamać" - mówiłem to wtedy raczej żartobliwie, nie spodziewając się, że będą to słowa prorocze, i że tak szybko przyda mi sie ukończony kurs.
    Dzięki Szymon ;)

Jakie były święta wiemy wszyscy. Biało, wietrznie i raczej mało wiosennie. Taka pogoda nie zachęca do spacerów, napewno nie do długich, co więc zostaje? Siedzenie w domu przy suto zastawionym stole i pochłanianie tysiecy kalorii (blachę ciasta to chyba w pojedynkę ogarnąłem). Człowiek czuje się coraz bardziej ospały, ciężki i leniwy - aktywność jak najbardziej zalecana (ja nie miałem warunków, w plecaku miałem tylko garnitur, parę koszul, kosmetyków i lakierki więc ani pobiegać ani poskakać).
Niejakim ratunkiem są wówczas dzieci - wulkany energii, aby za nimi nadążyć trzeba nie lada sprawności, a i spalić też coś można. Po za tym wyrywają z monotonii i pozwalaja dorosłym bezkarnie wrócić w świat dzieciństwa. Dzięki kursowi animatora zabaw dziecięcych, nie tylko umiałem przełamać odwieczną barierę jaką był dla mnie kontakt z małymi dziećmi (z nieco starszymi miałem kontakt w świetlicy środowiskowej przy kościele na Nowym Bytomiu), ale wiedziałem jak się nimi zająć aby nie było nudno. Skręcanie balonowych zwierzątek to wręcz idealny sposób na przełamanie lodów i ośmielenie dzieci do swojej osoby (udało mi się o tym przekonać na własnej skóze). O ile na początku zwierzątka wychodziły mi dość kalecznie, znałem jeden wzór, a co drugi balon podczas skręcania pękał mi w rękach, to ostatniego dnia świąt byłem już na stopniu zaawansowanym robiąc balonowe korony, żyrafy, pieski i kwiatki niczym stary cyrkowiec. Zabawy w "stary niedźwiedź mocno śpi" i "ciepło-zimno" też dostarczyły sporo radości obu stronom.
   Mi święta minęły strasznie szybko, ale pozwoliły mi otworzyć w głowie pewne szufladki, dzięki którym przekonałem się że dzieci nie są takie złe, wystarczy je czymś zająć i stać się ich przyjacielem. Liczę, że jeżeli nawet kurs animatora nie przyda mi sie nigdy w pracy, to pewnie nie raz skorzystam z jego owoców w życiu codziennym.








piątek, 29 marca 2013

Wiosennych Świąt Wielkiej Nocy!

 

 Jako, że narzekaliśmy na brak śniegu w czasie świąt Bożego Narodzenia, Ktoś Tam u Góry (trochę wyżej niż na Mt. Everest) postanowił, że wynagrodzi nam to w Wielkanoc. Dziekujemy za taką troskę ;)
   I tak oto zamiast zielonych pączków i kwiatów, dalej mamy śnieg i błoto, oby tylko nie przeszkodziło to wielkanocnemu zajączkowi!!!
 
   Mimo niesprzyjajacej aury chciałbym życzyć wszystkim outdoorowcom i poszukiwaczom przygód aby te święta były zdrowe i spokojne, natchnęły nie jednego ducha do zaplanowania wiosennej wyprawy, obfitowały w bliskość osób na których najbardziej nam zależy, aby święta były również smaczne i nie tuczące, i aby w ich trakcie wyjrzało do nas słońce!
  Dodatkowo wszystkim Paniom życzę mokrego dyngusa, i to nie od chlapy na dworze czy od potreningowego potu ;))


                                  Smacznego jajka Wam wszystkim!!!

czwartek, 28 marca 2013

Z cyklu Outdoorowa Szafa - Kocham Softshelle!!!

 
    W posiadaniu softshella znalazłem się zanim jeszcze zostałem uświadomiony, że w ogóle coś takiego istnieje. Powoli rozkręcała się moja przygoda z górami, a pasja pogłębiania wiedzy o sprzęcie i ekwipunku outdoorowym nie była jeszcze tak gorąca, ale jako że był środek lata (sezonu), a pogoda nie rozpieszczała, postanowiłem zakupić jakąś kurtałę. Jako najczystszy laik już miałem jakieś wymagania: kurtka miała być uniwersalna (lato, wiosna, jesień, zima w tej katance zimno ni ma ;) ) - czyli wbrew złotej zasadzie "jeśli coś jest do wszystkiego to jest do dupy". Po drugie: musiała być wodoodporna (przeczytawszy pierwszy lepszy artykuł w internecie stwierdziłem że koniecznie musi być membrana, najlepiej od razu GORE) i wiatroszczelna. Trzecie i czwarte to standard: kaptur i wywietrzniki pod pachami (wywietrzniki bo przecież jak są to jest wypas ;p ). Po piąte odrobina fanaberii: kurtka musiała być w kolorze czerwonym, a najlepiej w czerwono-czarnym (niestety to "widzi-mi-sie" ciągnie się za mną do dziś, lubie czerwony kolor i tyle). No i w końcu po szóste: CENA! Oczywiście najlepiej jakby cena kurtki zmieściła się w 200 zł, a to i tak majątek!
  Kilka dni wertowałem "allegro" i sklepy internetowe w poszukiwaniu tego idealnego modelu. W końcu taki znalazłem. Nagrzałem się na niego tak bardzo, że nawet nie pokusiłem się o poszukanie opinii na jego temat. Gorączkowałem się tym bardziej, że do konca aukcji zostało mało czasu, a ja ciągle czekałem na zaległy przelew z firmy. Stan konta sprawdzałem co godzinę, później co pół no i kiedy tylko środki się pojawiły z ulgą nacisnąłem "Kup teraz". Skoro kurtka była już zaklepana to mogłem na spokojnie poczytać o niej w sieci. Dopiero wtedy zorientowałem się, że kurtka na aukcji nie posiadała nazwy własnej, lecz sprytnie występowała pod zwodniczą nazwą "The North Face Gore-Tex XCR jacket". Tego modelu - ani żadnego podobnie wyglądającego - nie znalazłem w żadnym sklepie ani w żadnym katalogu North Face'a. Na dodatek znalazłem artykuł na temat niezwykle zgrabnych podróbek kalifornijskiej firmy. No i pojawiły się wątpliwości. "Czy wydałem trzy stówki na Fake'a?". Szukałem przeczącej odpowiedzi ale nie znalazłem, jedynie sklep "North Face outlet", którego oryginalność również budzi wątpliwość, oferował zakupiony przeze mnie model kurtki. Wlało to w moje serce trochę nadziei, ale przestałem więcej czytać na ten temat i postanowiłem, że fake czy nie, najrozsądniej sprawdzić kurtkę w terenie.
  Kiedy doszła do mnie przesyłka, aż nie mogłem uwierzyć że to podróbka. Świetne wykonanie - małe chińskie rączki sprawiły się naprawdę świetnie. Materiał typowo softshellowy na pewno wyposażony w jakąś membranę bo chronił dobrze przed wodą i wiatrem. Zamki firmy YKK (kto siedzi w temacie ten wie ze dobre ;)), patki Velcro, wszędzie oryginalne logo THE NORTH FACE, metki były, od wewnetrznej strony micropolar - "wyjatkowo udana podróba" - pomyślałem. No i ta podróba długo chodziła ze mną wszędzie: Tatry, Bieszczady, Beskidy. Chociaż oddychalność w cieplejszych warunkach była słaba, to pozostałe atuty tego softshella przykryły tą przykrą wadę. Co więcej na stronie pseudo-outletu North Face, przy tej kurtce w nazwie było ujęte Winter Softshell, hmmm... mogę więc sądzić, że maszerując zimą oddychalność z pewnością będzie lepsza.
  Minął rok jak uzytkowałem tą kurtkę (i nadal to robię) ale coś mnie podkusiło i niby tak z nudów zacząłem ogladać kurtki softshellowe nowej generacji w sklepach internetowych ( od ostatniego zakupu sporo się naczytałem, przetestowałem, dopytałem, i odkryłem, tak że w sekundę odnajdywałem wady i zalety każdego produktu). Mieliście też kiedyś uczucie, że czegoś nie potrzebowaliście bo przecież macie, ale to co widzicie jest takie "super-wow!" i w sumie od przybytku głowa nie boli? Ja właśnie tak miałem, tym bardziej że akurat była posezonowa obniżka. Skusiłem się na leciutki softshell MILO Yannu i decyzji, ani wydanych pieniędzy nie żałuję. Kurtka wykonana z cienkiego, lekkiego materiału softshell 3LF, który zachowuje swoje właściwości przy jednocześnie niskiej wadze i kompaktowości, wyposażony w autorską acz całkiem zacną membrane Aquatex 10/10, podklejane szwy, anatomiczny krój, kaptur z regulacją głębokości i wysoką gardą, wywietrzniki pod pachami, wszystkie zamki YKK dodatkowo zaminowane, na ramionach wgrzane wzmocnienia, kieszenie boczne umiejscowione aby mozliwy był dostęp do nich w uprzęży czy po założeniu pasa biodrowego, regulowane mankiety (akurat te trochę słabo trzymają ale zamirzam coś z tym zrobić). Ogólnie mówiąc - nic wiecej w 3 sezonowej kurtce nie potrzeba, chociaż ja kurtkę eksploatuję również zimą zakładając pod nią porządny polar 300.
  Dlaczego tak uparłem się na softshelle? To wszystko kwestia gustu i tego do czego wykorzystujemy kurtki. Mi nie raz dane było doświadczyć, że w górach częściej przeszkadza mi silny wiatr niz ulewny deszcz. Ponad to w trakcie konkretnego podejścia człowiek grzeje się jak piec kaflowy i występuje potrzeba aby kurtka dobrze oddychała, bo inaczej cali się zapocimy. Te dwa podstawowe wymogi właśnie spełaniają kurtki typu softshell. Miały być one opozycją do tzw. hardshelli - typowych membranowych kurtek uszytych z pancernego materiału (cięższych i gorzej oddychających - lepsza membrana to gorsze oddychanie). Z czasem i do softshelli zaczęto dodawać membrany, co jedynie podwyższyło ich rangę w górskiej modzie. Reszta to szczegóły występujące w obu rodzajach kurtek. Co do hardshelli to trzeba powiedzieć, że nie są one nieprzemakalne w 100%, nawet najlepsze membrany tego nie gwarantują, dlatego JA na ewentualność srogiej ulewy noszę w plecaku mieszczącą się do kieszeni nylonową kurtkę (która nie oddycha nic a nic, ale za to wody też nie przepuszcza).
   Jeśli staliście kiedyś na szczycie a warunki nie sprzyjały, wiatr atakował bez litości, a schować się nie było gdzie, a Wy tylko założyliście kaptur swojego softshella i niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zapomieliście, że w ogóle wieje - to wiecie o czym piszę i dlaczego właśnie te kurtki kocham...